O tym, że górę wziął sport, przesądziły wyniki. Na boisku robiłam postępy szybciej, niż na scenie. Były one ponadto bardziej wymierne, widoczne. W 1962 roku przyszły już pierwsze sukcesy, nawet rekordy. Na zawsze zapamiętałam stadion w Łodzi i pierwsze mistrzostwa Polski, w których brałam udział. Oczywiście wśród młodzików, ale już z medalami, atmosferą prawdziwych zawodów i pierwszą chwilą szczęścia, jakie daje zwycięstwo odniesione w. sportowej walce. Wygrałam wtedy sprint i oba skoki - w dal i wzwyż, byłam dumna, podobnie jak mój trener i wszyscy koledzy z klubu. W tym samym roku występowałam ^uż także w reprezentacji Polski juniorów, w Hradec Kralove Tam również odniosłam zwycięstwa. I wtedy zrozumiałam, że z kółka żywego słowa „wyjdą nici". Został tylko sport, który z każdym startem wciągał coraz bardziej. Rok 1962, a więc drugi sezon treningów i startów zamknęłam rekordami Polski w kategorii młodzików: na 100 metrów - 11,9, wzwyż 156,5 cm, w dal 572 cm. Niejasne było tylko nadal przy jakiej konkurencji ostatecznie zostanę. Wciąż marzył mi się skok wzwyż, bo w tej konkurencji robiłam największe postępy."
Następny sezon przyniósł kolejną porcję laurów i moc wrażeń, których dziś, z perspektywy lat, pani Irena nie jest nawet w stanie uszeregować. Istotne w owym okresie było chyba tylko to, że skończyła „zabawę w sport", a zaczęła żmudny, intensywny trening. Nie dwa, lecz cztery lub pięć razy tygodniowo pod okiem nowego trenera, Andrzeja Piotrowskiego. Opiekował się on wówczas kadrą juniorek i utworzył tzw. warszawską grupę sprinterską. Znalazła się w niej także Irena. | |
|