Nadszedł wreszcie dzień
Nadszedł wreszcie dzień wielkiej próby. Teraz albo nigdy. W eliminacjach Sidło rzucił oszczep na 85,14 m. Nokaut. Wydawało się, że po takim ciosie przeciwnicy już się nie ockną. Stało się jednak inaczej. W finale znów Norweg popsuł szyki Polakowi. Nie Danielsen, bo ten już dawno przestał się liczyć, ale Terje Pedersen. Ten sam, który w cztery lata później jako pierwszy w świecie przekroczył zaczarowany krąg 90 metrów. W Rzymie Norwegowi jeszcze się nie śniła „osiemdziesiątka". Nie zajął nawet punktowanego miejsca. Po prostu - nie stanął do finałowej rozgrywki. A właśnie on był pierwszy na liście finalistów i miał rozpocząć kolejkę. Zaraz po nim Sidło. Janusz nie wiedział jednak, że Pedersena nie ma. Nie kwapił się z przygotowaniem. Nagle sędzia wywołał jego nar zwisko. Zaskoczony, swój pierwszy rzut oddał w pośpiechu, nie przygotowany zupełnie do próby. A przecież miał to być nokautujący cios. Cios, w który wkłada się wszystkie siły, który ma rozstrzygnąć sprawę olimpijskiego złota. Nic z tego. Rywale jakby tylko na to czekali. Cybulenko, Krueger (NRD), Węgier Kulcsar i Fin Kuismą osiągnęli z miejsca znaczne odległości, które ułożyły końcową kolejność. Najdalej rzucił Wiktor Cybulenko. 84,64 m przyniosło mu złoty medal. Sidło był dopiero ósmy. Wyprzedził go nawet Zbigniew Radziwo-nowicz. „Miałem tylko jeden cel: zwyciężyć! - powiedział później Sidło. Ceną rzymskiego złota mógł być tylko wynik w granicach rekordu świata. Poszedłem na całego. Nie wyszło mi/.."
Randki | Baterie kuchenne | kurs css