4 września 1963 roku, kiedy wybiegał na murawę stadionu czuł się tak, jakby wygrał w „Totku" co najmniej milion. I dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że mozolne ćwiczenia z piłką w przedpokoju rodzinnego mieszkania, treningi na podwórku, a potem już w Sośnicy, a następnie w „Górniku"
w towarzystwie Ernesta Pola, Stanisława Oślizły, Edwarda Jankowskiego, Stefana Floreńskiego, Romana Lentnera opłacały się po stokroć.
Debiut wypadł lepiej niż należało oczekiwać. Polska urządziła sobie na szczecińskim boisku prawdziwy festiwal strzelecki, wygrywając z Norwegią.9:0 (3:0). Wśród strzelców bramek znalazł się również Włodzimierz Lubański.
Potem następował mecz za meczem, atrakcyjne wyjazdy, gra z różnymi przeciwnikami - Detroit, Nowy Jork, Wiedeń, Praga. Wszędzie Włodzimierz Lubański zdobywał uznanie i podziw. Nie miał jeszcze 18 lat, a osiągnął w sporcie więcej, niż którykolwiek z jego rówieśników. Zewsząd sypały się pochwały, coraz częściej trafiały się przychylne recenzje, a forma stale zwyżkowała. Ale nagle coś zachwiało się w rytmie przygotowań, w rytmie postępu. Było to na początku 1965 roku. Zaczął tracić wagę, apetyt. Do tego doszła niedokrwistość. Chodził blady jak ściana, bolała go głowa, źle spał, budził się po kilku godzinach, a potem już do rana nie mógł zmrużyć oka. | |
|